Nie tak dawno oglądałem transmisję z amerykańskiej Częstochowy - Doylestown i zobaczyłem transparent wspólnoty wdów i wdowców. Okazuje się, że problem osamotnienia po utracie współmałżonka jest wszędzie obecny. Dla mnie czymś naturalnym jest ból i poczucie pustki po śmierci kochanej osoby. I to jest najpiękniejsze świadectwo miłości małżeńskiej, która obolała jednak nadal istnieje. Niestety, wielu nie radzi sobie z taką sytuacją, która swoim ogromem przerasta ludzkie siły. Trzeba wielkiej wewnętrznej mocy, by radzić sobie w takiej sytuacji i nie popaść w rozpacz i bezsens. Tak się w moim życiu złożyło, że doświadczenie wdowieństwa dotknąłem mając pięć lat, gdy zmarł mój ojciec a brat miał zaledwie trzy miesiące. Pamiętam doskonale pogrzeb i łzy matki. Po pogrzebie przyszła twarda rzeczywistość – matka musiała zarabiać pieniądze, nas wychowywać, gotować i sprzątać, modlić się z nami, pokazywać wartości a później nam towarzyszyć w dorosłym już życiu. Nigdy nie dostrzegłem u niej jakiegoś żalu do Pana Boga, za taką sytuację, wręcz odwrotnie, ze zdwojoną siłą realizowała swoje zadanie a dwa dni przed swoją śmiercią wyraziła jedno pragnienie – byśmy mogli jeszcze troszkę porozmawiać sobie. Proszę wybaczyć za ten osobisty wątek, ale on nam pokazuje umiejętność przyjęcia woli Boga i doskonałego radzenia sobie poprzez jasno sprecyzowany sens, którym było dawanie siebie. Śmierć żony czy męża nie powinna zwalać nas z nóg, tylko wyzwalać nowe spojrzenie na siebie i swoje powołanie. Trzeba odkryć nowe wyzwanie i je realizować w przyjaźni z Bogiem a wtedy będzie i spokojnie i dobrze.