Zdaniem Proboszcza

Nie tak dawno oglądałem transmisję z amerykańskiej Częstochowy - Doylestown i zobaczyłem transparent wspólnoty wdów i wdowców. Okazuje się, że problem osamotnienia po utracie współmałżonka jest wszędzie obecny. Dla mnie czymś naturalnym jest ból i poczucie pustki po śmierci kochanej osoby. I to jest najpiękniejsze świadectwo miłości małżeńskiej, która obolała jednak nadal istnieje. Niestety, wielu nie radzi sobie z taką sytuacją, która swoim ogromem przerasta ludzkie siły. Trzeba wielkiej wewnętrznej mocy, by radzić sobie w takiej sytuacji i nie popaść w rozpacz i bezsens. Tak się w moim życiu złożyło, że doświadczenie wdowieństwa dotknąłem mając pięć lat, gdy zmarł mój ojciec a brat miał zaledwie trzy miesiące. Pamiętam doskonale pogrzeb i łzy matki. Po pogrzebie przyszła twarda rzeczywistość – matka musiała zarabiać pieniądze, nas wychowywać, gotować i sprzątać, modlić się z nami, pokazywać wartości a później nam towarzyszyć w dorosłym już życiu. Nigdy nie dostrzegłem u niej jakiegoś żalu do Pana Boga, za taką sytuację, wręcz odwrotnie, ze zdwojoną siłą realizowała swoje zadanie a dwa dni przed swoją śmiercią wyraziła jedno pragnienie – byśmy mogli jeszcze troszkę porozmawiać sobie. Proszę wybaczyć za ten osobisty wątek, ale on nam pokazuje umiejętność przyjęcia woli Boga i doskonałego radzenia sobie poprzez jasno sprecyzowany sens, którym było dawanie siebie. Śmierć żony czy męża nie powinna zwalać nas z nóg, tylko wyzwalać nowe spojrzenie na siebie i swoje powołanie. Trzeba odkryć nowe wyzwanie i je realizować w przyjaźni z Bogiem a wtedy będzie i spokojnie i dobrze.

Śmierć kogoś bliskiego jest zazwyczaj głębokim przeżyciem. Utraciliśmy kogoś bliskiego, z kim może dzieliliśmy dole i niedole życia ziemskiego. Dla katolika śmierć jest związana ze smutkiem, powagą ale gdzieś tli się nadzieja związana z wiarą w zmartwychwstanie i życie wieczne. Bliscy zmarłego zazwyczaj zabiegają o piękno ceremonii pogrzebowej (trumna, wieńce, kwiaty, trąbki) lecz często zapominają o istocie tego wydarzenia: modlitwie za zmarłego. Przecież Kościół bardzo mocno akcentuje potrzebę modlitwy za zmarłego w liturgii pogrzebowej, która nie kieruje się nastrojowością lecz w każdym momencie skłania nas do modlitwy. Mam jednak wrażenie, że w czasie pogrzebu modli się połowa zebranych a reszta to obserwatorzy. Dostrzegam też bierność rodziny zmarłego, która nawet nie przystępuje do komunii, by ofiarować ja za zmarłego. Wynajmujemy do prowadzenie modlitwy, skądinąd pobożnych ludzi, ale sami nie potrafimy się pomodlić przy trumnie zmarłego rodzica – tak jakbyśmy się wstydzili publicznej modlitwy a za życia obiecywaliśmy kochanej mamusi solenną modlitwę. Coś się dzieje z naszą wiarą w życie pozagrobowe. Może leżąc gdzieś na matce ziemi, w promieniach wyczerpującego się słońca pomyślmy o wieczności, szanujmy śmierć bliskich i pamiętajmy że umarłemu nie pomoże już kadzidło tylko dobra modlitwa.

Ktoś mnie zapytał o wzorzec świętości, gdyż ma problem z jej określeniem w swoim życiu. Oczekiwał raczej bardzo konkretnej odpowiedzi a problem nie jest prosty i jednoznaczny. Wzorzec świętości podał Chrystus w swoim nauczaniu, ale musimy pamiętać o aplikacji tego wzorca w konkretnym człowieku i jego sytuacji życiowej. Inaczej to wygląda u osoby samotnej, mającej sporo wolnego czasu i wszystko  poukładane na półce, a inaczej u matki trójki małych dzieci, która musi jeszcze dodatkowo pracować a męża widzi raz na dwa miesiące gdyż ciężko pracuje na emigracji zarobkowej. W innej sytuacji znajduje się młody człowiek poszukujący swojego miejsca w życiu a zupełnie inna jest sytuacja człowieka dojrzałego i doświadczonego już życiem. Osobie duchownej zazwyczaj przypisujemy większe oczekiwania co do świętości niż świeckim. Wyobrażenia o świętości są przeróżne, Niemnie jednak musimy pamiętać o powszechnym wezwaniu do świętości a realizujemy ją zgodnie z naszym powołaniem i sumieniem, w którym dokonuje się właściwy wybór swojej ścieżki uświęcania siebie i otoczenia. No i trzeba chcieć się uświęcać.    

Wakacje rozpoczęte! Zewsząd sypią się pomysły na wypoczynek, jeden lepszy od drugiego. Trzeba wypocząć, trzeba dać odetchnienie organizmowi i to jest ważne. Niemniej jednak warto się zastanowić nad sensownym wypoczynkiem zwłaszcza dzieci i młodzieży. Jeżeli to ma być imprezowanie połączone z używkami to raczej jest to destrukcyjne. W noc z czwartku na piątek trudno było zasnąć, gdyż raz po raz aż do trzeciej po północy rozbawione grupki młodzieży przetaczały się wrzaskliwie obok kościoła – tylko nie wiem czy to było już po imprezie czy też mieli na celu zmianę adresu imprezowania. Owszem, zabawa jest potrzebna lecz musimy pamiętać o jakichś sensownych granicach a także i o tym, że inni w nocy odpoczywają i nie należy im przeszkadzać. Podczas wakacji obserwuję mniejszą frekwencję na niedzielnej mszy. Może to być wynik wakacyjnych wyjazdów, ale czy czasami nie jest tak, że w upalne dni po prostu nie chce nam się iść do kościoła. Upał upałem ale obowiązek obowiązkiem. Skoro jesteśmy przy obowiązkach to taka mała propozycja: wyznaczyć swoim pociechom jakieś wakacyjne obowiązki - pomoc w domu, odwiedziny rodziny, sprzątanie w swoim pokoju, przeczytanie dobrej książki, uzupełnienie braków edukacyjnych itp. Taki styl jest dobrym sposobem na wypełnienie wakacyjnej nudy, która w przypadku „nic nie robienia”, bardzo szybko się pojawia i niestety często pcha młodych do złych zajęć. Młodzi, o ile czytają te moje wakacyjne refleksje, pomyślą sobie co też ten stary proboszcz wypisuje? Otóż młodzi przyjaciele, życie biegnie szybko i każdy czas nawet wakacyjny należy sensownie wykorzystać, dla swojego dobra. Życie nie jest wypoczynkiem lecz trudem, a jeżeli czegoś więcej się nauczymy czy nabędziemy pewnych umiejętności to wtedy łatwiej można będzie sobie radzić w życiu. Pamiętajcie też o Bogu, którego możecie spotkać na wakacyjnych ścieżkach. Kończąc moją refleksję apeluję do odwiedzania kościołów pamiętając o zamieszkiwaniu w nich Boga (Najświętszy Sakrament) a także o zadbaniu o odpowiedni strój w czasie nabożeństw czy zwiedzania świątyń.

Boże Ciało rok rocznie przeżywamy jako manifestację naszej wiary w obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Czy to jest potrzebne? Myślę, że tak, tym bardziej teraz, kiedy w naszym katolickim kraju (tak, katolickim gdyż 80-90% obywateli deklaruje się katolikami) ktoś profanuje Najświętszy Sakrament. Nie wiem ilu katolików oburzyły ekscesy homoseksualistów (Parada Równości to przecież lobby homoseksualne i proszę mi nie tłumaczyć, że to jest walka o równe prawa „dziwnych mniejszości”), i nie dostrzegłem jakiegoś zdecydowanego sprzeciwu społecznego czy nawet państwowego, gdyż państwo ma chronić uczucia religijne swoich obywateli. Dlatego udział w procesji Bożego Ciała niech będzie wyrazem naszej wiary w obecność Chrystusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie.